Każdy coś takiego ma.

Wspomnienia.

Najpiękniejszych w życiu Świąt. Rok 2002. Nowe mieszkanie, kompletnie niewykończone. Gotowe jedynie podłogi i łazienka. W kuchni dwupalnikowa kuchenka elektryczna, witryna z talerzami i szklankami oraz stolik. Wszystko w kartonach. Na szczęście w bloku obok, w jeszcze  wynajmowanym mieszkaniu można było wszystko wcześniej ugotować a po kolacji pozmywać.

Pożyczony stół, pożyczone krzesła i ogromna choinka pięknie przystrojona. Na oknach namalowane sztucznym śniegiem bałwanki. Sprzęt grający na podłodze i świąteczne z niego puszczane utwory.

Przy świątecznym stole cała najbliższa rodzina. Mama z Tatą przywieźli pierogi, ciasta i inne smakołyki, Teściowa z Teściem ich popisowe kluski z makiem, ulubione wigilijne danie mojego męża. Siostra z jeszcze-mężem i dwójką swoich dzieci też coś przywieźli. I ja z mężem i jeszcze wtedy jednym swoim synem. Dwanaście wigilijnych dań. 

Niesamowita atmosfera, spokoju i radości. Pod wieczór zaczął sypać śnieg i sypał tak do późnej nocy. 

Po kolacji i prezentach,  w zaspach nosiłyśmy naczynia do mycia, a zaspy były po kolana.

Najpiękniejsze i najbardziej niesamowite Święta jakie udało mi się do tej pory przeżyć.

Czy gdybyśmy wtedy wiedzieli, że na następnych zabraknie już jednego z nas, przeżylibyśmy je inaczej? W następnym roku w marcu zmarł mój Teść. Nie da się takich sytuacji przewidzieć, trzeba się tylko cieszyć, że udało nam się zachować te wspomnienia. Siedem lat po tamtej cudownej Wigilii zabrakło też przy stole mojego Taty, odszedł w 2009 roku w lipcu. I te Święta były dla mnie najgorsze z dotychczasowych.

Nie dajmy się zwariować świątecznym przygotowaniom, nie wpadajmy w gorączkę zakupową i wariactwo kuchenne. Skupmy się wyłącznie na rodzinnej atmosferze. Spędźmy te Święta z ukochanymi ludźmi, nie odkładajmy takich spotkań na potem, bo potem mogą się już nie zdarzyć.

Reklamy

Ciasteczka świąteczne. Uwielbiamy tradycje.

Ciasteczka świąteczne piekłam zawsze, ale odkąd mam dzieci ta przyjemność jest jeszcze większa. Zawsze w okolicy Mikołajek.  Zwykle zabawa trwa całą sobotę. Nie planujemy wtedy niczego innego poza tym. Ciasto przygotowuje w piątek, tak aby chłopcy od rana w sobotę mogli bawić się w wałkowanie i wykrawanie. Często w trakcie dorabiam więcej ciasta, bo ta zabawa rzadko im się nudzi.  Włączamy sobie świąteczne piosenki.

Na początku trzeba było dzieciom podstawiać krzesło, żeby sięgały do blatu, rok za rokiem mija. Starszy ma już 14 lat, a Młodszy 8. Nie nudzi im się to. Mam nadzieję, że zapamiętają to i będą robić w swoich „dorosłych” domach, ze swoimi dziećmi. Uwielbiam patrzeć na tę ich radość i na to jak potem podjadają te ciacha, a ja proszę aby zostawili kilka na Święta 🙂 

DSC00563DSC00564

 

Młodszy miał wtedy półtora roku i wspinał się, cały czas przeszkadzając 🙂

 

DSC03425DSC03437

 

Czasem też były występy gościnne, z dziećmi znajomych.

P1010746P1010747P1010752\

Zwykle się kłócą, przy ciasteczkach całkowita zgoda.

Jeszcze kilka tegorocznych zdjęć:

P1060908 P1060900 P1060903 P1060904 P1060906

 

Nie robimy pierniczków, bo te powinno się robić dużo wcześniej, żeby odpowiednio zmiękły i aby nie połamać sobie na nich zębów.

My pieczemy ciasteczka maślane, z przeróżnymi dodatkami.

Oto przepis:

2 szklanki mąki pszennej

175 g miękkiego masła

szklanka cukru

łyżeczka proszku do pieczenia

1 jajko

To przepis podstawowy. Ja do części ciasta dodaję kakao, lub przyprawę do pierników i odrobinę miodu, lub orzechowy miał (zamiast szklanki mąki), lub migdały, wiórki kokosowe. Co kto lubi 🙂

Ciasteczka pieczemy po 6 minut w 200 stopniach. 

Potem każdego wieczoru dekorujemy je tak jak lubimy.

 

 

 

Figa, ciasto i pomidor… spożywczy przegląd tygodnia

Trochę tak się porobiło, że swoje menu całotygodniowe dostosowuję do bloga. Lubię wymyślać coś nowego, żeby móc się tym z Wami podzielić. 
Sezon na figi, nie mogło ich zabraknąć i u mnie…przyznam się bez bicia, że nie jadłam ich nigdy wcześniej. W dzieciństwie podunięto mi raz coś brązowego, zasuszonego, bardzo mi to nie smakowało, wyplułam i więcej nie próbowałam. Z perspektywy czasu, sądzę, że to były jednak daktyle. Mimo to wbiłam sobie do głowy, że to figi i nie ciągnęło mnie do tego, aby spróbować ponownie.  Jednak to tak plastyczny i fotogeniczny owoc, że się ugięłam, kupiłam, podpiekłam z serem Gorgonzola, polałam truskawkowym balsamico i …zakochałam się w figach. Będzie się u mnie teraz dużo działo z figami.  🙂

P1060308 P1060309 P1060312 P1060314

Pomidorowy sezon trwa, dlatego teraz puszek i przecierów nie używamy a wyłącznie świeże pomidory. Na początku tygodnia była zupa ze świeżych pomidorów, a wczoraj ugotowaliśmy sos do spaghetti. 10 pomidorów obranych ze skórki udusiłam z cebulką i czosnkiem. Dodałam do wcześniej zesmażonego mięsa wołowo-wieprzowego i dodałam dużo świeżej bazylii. Pycha!

P1060305 P1060306

Na koniec przepis na ciasto mocno kremowe i mocno cytrynowe.

400g jogurtowego masła (u mnie Maggle)

450g cukru brązowego

2 łyżeczki cukru waniliowego

szczypta soli

8 jajek M lub 6 jajek L

500g mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

skórka z dwóch cytryn i sok z dwóch cytryn

600g serka typu Philadelphia

200g cukru pudru

Masło utrzeć z cukrem, cukrem waniliowym i solą. Dodać jajka. Następnie cały czas ubijając dodać sok, skórkę z jednej cytryny, mąkę i proszek. Piec w 175 stopniach około 40 minut. Serek utrzeć z cukrem pudrem i sokiem z 1 cytryny. Po wystygnięciu nałożyć masę serową na ciasto i posypać skórką cytrynową.

P1060293 P1060297 P1060302

„Można odejść na zawsze, by stale być blisko”

Gdy jesteś dzieckiem, nie zastanawiasz się, nie myślisz nawet o tym, że Twój świat mógłby wyglądać inaczej. Jesteś Ty, Mama, Tata, rodzeństwo…
Kiedy nadchodzi ten dzień, gdy musisz pożegnać się z kimś z tego Twojego świata, ciężko Ci w to uwierzyć. Miałam to szczęście, że dane mi było się pożegnać, bo czasem śmierć przychodzi nagle. Mój Tata odchodził dwa tygodnie i każdego dnia tego odchodzenia byłam z nim. Nie wiem, czy do końca był tego świadom, ale dla mnie te chwile były bardzo ważne, zwłaszcza że za jego życia często zdarzało nam się mieć odmienne zdanie na różne tematy. Tamte dwa tygodnie pozwoliły mi zrozumieć, że nie zawsze w życiu jest tak jak planujemy.
Tata chorował od kilku lat, ale w przypadku nowotworu są wzloty i upadki. W dniu moich 35 urodzin, cztery lata temu, Tata zadzwonił do mnie (mieszkaliśmy od siebie dość daleko), złożył mi życzenia, choć był już wtedy bardzo słaby. Następnego dnia podczas badania tomografem zasłabł i mimo, że jeszcze przez dwa tygodnie był przytomny, to nie do końca kontaktował się z otoczeniem. Rozmawialiśmy, ale kolejnego dnia nie pamiętał, że byłam przy nim. Stan był ciężki, nie beznadziejny, lekarze dawali nam wtedy więcej niż trzy miesiące. Stało się inaczej, po dwóch tygodniach w szpitalu, odszedł 30 lipca, pozostawiając mnie w kompletnym niedowierzaniu, ale też z wewnętrznym spokojem, że udało mi się przy nim być do końca.
Brakuje mi go bardzo…Doceniajmy każdy dany nam dzień, nie odkładajmy na później nie załatwionych spraw, telefonów. Nie zwalajmy braku kontaktu na brak czasu…Czasami wystarczy zadzwonić i krótko zapytać co słychać, niż nie odzywać się do kogoś przez wiele tygodni…możemy już nie zdążyć powiedzieć komuś, jak wiele dla nas znaczy…

Urodziny gdzieś…

Wczoraj dzień smutny…

67 lat kończyłby mój Tata…nie ma go z nami już cztery lata.
84 lata kończyłby mój Teść…nie ma go z nami juz dziesięć lat.

My wczoraj wracaliśmy z Warszawy do domu, życie toczy sie dalej. Lata mijają…ważne, żeby pamiętać!!!

Po przerwie…

Dwa miesiące…długo i nie długo…minęło jak jeden dzień…i nie żeby coś szczególnego powstrzymywało mnie od pisania. Fakt zaangażowałam się w pewien projekt, który miał wyglądać inaczej, niż to się potem zaczynało okazywać. Na początku wszystkiego co robimy mamy do tego ogromną wenę, bardzo nam się chce. Cóż, ja niestety mam taki charakter, że jak coś nie idzie po mojej myśli, to skrzydła opadają i chce się coraz mniej. Decyzji o zarzuceniu współpracy nie podjęłam ja, ciężko byłoby mi rozstać się z czymś, co tworzyłam od „zarodka”, no ale podjął ją za mnie kto inny i teraz po kilkunastu dniach lżej mi z tym. Ciężko tworzyć i angażować się w coś, w co się nie wierzy i czego się nie czuje do końca.
Zaglądajcie jednak na www.omamiona.pl pewnie każdy znajdzie coś tam dla siebie…może miłe koleżanki, współtwórczynie pozwolą mi czasem coś tam napisać 🙂

No a co u mnie? Kręci się…rodzina ta sama, praca też, choć ciągle szukamy czegoś więcej, czegoś co przynosi jednocześnie stysfakcję no i pieniądze…według mnie, tylko to warto w życiu robić. Być w zgodzie z samym sobą, nie robić nic wbrew sobie.

Dzieci lada chwila kończą kolejny rok szkolny. Młodszy drugą klasę, Starszy pierwszą gimnazjalną. Tu wszystko idzie jak należy. Z nauką obu problemów brak.
Piesek coraz starszy, wymieniły się już wszystkie zęby na stałe, osiąga już chłopak dojrzałość, a przy tym przysparza tyle radochy!
Ja gotuję, pichcę, piekę…sukcesywnie będę uzupełniać przepisy, które w ciągu tego czasu zamieszczałam na Facebook, bo łatwiej i szybciej jednak niż na blogu…leń ze mnie wylazł…
Obiecuję poprawę i jak będziecie zaglądać to będzie mi niezmiernie miło.

Derby jakis czas temu i pomysł na świetny obiad…

Podczas poprzednich wakacji dostaliśmy w prezencie zaproszenia na Derby. Wyścigi koni, czy to nam się spodoba? Nigdy nie byliśmy, ale jak dają to trzeba skorzystać. Poszliśmy tam, najwyżej na godzinkę, pogoda przecudna,  pozornie nudne konne wyścigi zamieniły się w cudowny, rodzinny piknik i byliśmy na nim cały dzień.

Mnóstwo pysznego jedzenia. A wśród tego danie obiadowe. Indyk, rozmaryn, cukinia i papryka. Spróbowałam odtworzyć to w domu i tak oto wygląda to danie.

Udziec z indyka
3 cukinie ze skórką (gruba kostka)
kolorowe papryki (gruba kostka)
rozmaryn świeży
sos pomidorowy
sól, pieprz
olej

Indyka kroimy w grubą kostkę, obkładamy rozmarynem i na całą noc wkładamy do lodówki. Rano pieczemy oddzielnie indyka, oddzielnie cukinię z papryką. A potem wszystko razem zalewamy sosem pomidorowym.
Podawać można z ryżem, z chlebem, z bułeczką.